poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Przez szpony wyrwane czyli co kruczysko ostatnio widziało cz. 3 + pomóż Zuzi, dziewczynce ze skóry utkanej z cierpienia!




Witajcie!
  Ale miałam ostatnio zastuj na moim blogu. Napisałam dość szczery i pesymistyczny post, a potem znikłam. Bałam sie, że ktoś z Was pomyśli, że nie wytrzymałam presji rzeczywistości i że z niknełam z tego świata. Ale nic z tych rzeczy - jestem wciąż wśród żywych. Moja obecność spowodowała była po prostu brakiem czasu. Póki co mam za dużo na głowie i poświęcam się pomocy pewnej starszej osoby. 
  Jeżeli o pomocy już mowa to mam do Was ogromną prośbe. Przeczytałam na jednym z blogów informacje o Zuzi, która potrzebuje natychmiastowej pomocy finansowej. Pomóc może jej nawet 10 zł, ponieważ współnymi siłamy możemy uzbierać te 2 697 115 35 zł na niezbędną dla jej dalszego funkcjonowania operacji. Dziewczynka cały czas cierpi, bez względu na to co w danej chwili robi.Jej skóra jest źródłem całego cierpienia. Możemy temu zapobiec i pozwolić jej żyć bez bólu. Jest możliwosć przeprowadzenia kosztownej operacji w Stanach Zjednoczonych, na którą rzecz jasna potrzebne są finanse. Być może Ty nie będziesz mógł bezpośrednio pomóc, ale możesz przekazać tą informacje dalej. Wklejam link: https://www.siepomaga.pl/nomorepain, na którym znajdują się dokładne informacje o chorobie Zosi, a także reportarz, który pojawił się na atnenie TVP 1.  Poprzez tą stronkę możecie również wesprzeć akcje i wpłacić obojętnie jaką sumę na rzecz operacji. Nie bądź obojetny! Mam nadzieję, że ktoś z Was ktokolwiek weźme sobie los Zosi do serca i zrobi wszystko co w jego mocy, aby ulżyć jej cierpieniu. 


***


TYTUŁ: King Kong
REŻYSERIA: Peter Jackson
CZAS TRWANIA:  3 godz.  7 min
GATUNEK: fantasy, melodramat, przygodowy
PRODUKCJA: Niemcy, Nowa Zelandia, USA
PREMIERA: 5 grudzień 2005 rok
MOJA OCENA: 8/10
GŁÓWNE ROLE:
Naomi Watts
Jack Black
Adrien Brody 

Czas Wielkiego Kryzysu w Stanach Zjednoczonych. Aktorka Ann Darrow nie ma pracy i pieniędzy nawet na jedzenie. Z pomocą przychodzi jej filmowiec Carl Denham. Carl jest sfrustrowany, bo producenci chcą obciąć budżet jego nowego, jeszcze nie niedokończonego filmu. Reżyser wykrada więc jedyną istniejącą kopię swojego filmu i kompletuje ekipę tak, by zdążyć na statek "S.S. Venture", odchodzący wieczorem z portu. Denham chce udać się na owianą legendą Wyspę Czaszek, położoną na Pacyfiku. Tam chce znaleźć atrakcyjne plenery do filmu. Wraz z nim na statek wsiadają m.in. Ann, która dostała główną rolę i scenarzysta Jack Driscoll. Kiedy w końcu udaje się im dotrzeć na wyspę, okazuje się, że nie bez powodu jest ona owiana mgłą tajemnicy. Żyją tam bowiem stwory, które powinny już dawno wyginąć - olbrzymie tyranozaury i wielki, liczący 9 m wysokości, goryl.

Na film natrafiłam w pewną leniwą niedziele. Emitowano go na jednym z kanałów. Co prawda ominął mnie początek, ale zdecydowaną większość filmu obejrzałam i muszę przyznac, że całkiem mi się podobał. Za każdym razem odpychałam od siebie chęć obejrzenia tego filmu, ponieważ nigdy jego fabuła mnie do siebie zwyczajnie nie przekonywała. Teraz żałuje, że nie obejrzałam go wcześniej. Jest to jak najbardziej udany film przygodowy, w którym akcja ciągla gna do przodu. Myślę, że jest to kino dla cąłej rodziny, gdyż nawet mój 5-letni brat zainteresował się, być może nie samym  King- Kongiem a dinozaurami, które mają swoje pięć minut.
Pretekstem do obejrzenia tego filmu był również sam Peter Jackson,,  którego znam i podziwiam głównie za niesamowitych i widowiskowych "Władców Pierścieni" oraz za "Hobbita". Oczywiście te dwa ostanie dzieła są o wiele lepsze niż "King-Kong", ale naprawdę przyjemnie spędziłam czas przy seansie. 
Spodobała mi się rola Naomi Watts, jednak bardzo chcę równiez obejrzeć nieco starszą wersje "King-Konga", w której gra uwielbiana przeze mnie Jessica Lange. Jeżeli ktoś z Was oglądał tą starszą wersję to bardzo prosze o napisanie czy jest warta obejrzenia. Tymczasem jak najbardziej polecam Wam "King- Konga" z 2005 roku. Ciekawe rozwiązanie na nudne, niedzielne popołudnia. 


***



TYTUŁ: Zgromadzenie
| The Gathernig | 
REŻYSERIA: Brian Gilbert
CZAS TRWANIA:  1 godz.  32 min
GATUNEK: horror
PRODUKCJA: Wielka Brytania
PREMIERA: 2003 rok - Świat
2004 rok - Polska
MOJA OCENA: 6/10
GŁÓWNA ROLA:
Christina Ricci

W ruinach starego kościoła z I w.n.e., przypadkowo odkryto niesamowite rzeźby i malowidła przedstawiające Ukrzyżowanie z zupełnie innej perspektywy . Zamiast figury Jezusa Chrystusa, wyrzeźbiono kilkanaście postaci, które przyglądały się tamtym wydarzeniom. Co dziwniejsze, te same osoby widziano przez ostatnich 2000 lat zawsze tam, gdzie działo się coś złego. Teraz pojawiają się znowu. Widzi je tylko młoda Amerykanka - Cassie. Czy oznacza to, że Cassie ma halucynacje czy jest to raczej zwiastun kolejnej tragedii? 

Pamietam ten film z dzieciństa. Moi rodzice bardzo czesto oglądali swego czasu horrory, a ja byłam zbyt ciekawska żeby nie spojrzeć. Strach miał dla mnie wtedy znaczenie moblizujące. Nadal lubię się bać. Pewnego dnia przypomniałam sobie o tej produkcji i pomyślałam sobie, że miło byłoby odświeżyć sobie wspomnienie z okresu beztroskich lat. Przypominam sobie, że gdy go pierwszy raz oglądałam byłam nim zachwycona. Drugim razem niestety już tak nie było. Jako horroromaniaczka mam corz większe oczekiwania co do filmów grozy i również krytycznym okiem patrze na takie produkcje. Jednego "Zgromadzeniu" nie mogę odmówić. Nadal posiada ten sam klimat, który pamiętam z czasów dzieciństwa. Jest naprawdę intrygujący od pierwszej sceny. Fabua również na dzień dzisiajszy wydaje mi się naprawdę ciekawa i pod jakimś względem orginalna, jednak ostatecznie czegoś zabrakło. Z pewnością jest to wina Christine Ricci, która wcieliła się w główną bohaterkę. Poprzez tą rolę udowodniła, że nie jest aktorką o dużych umiejętnościach. Bywała irytująca. Niestety wydaje mi się, że to właśnie ona miała znaczny wpływ na moją ostateczną ocenę, choć muszę przyznać, że bardzo intrryguje mnie jej osoba pod względem wyglądu zewnętrznego. 
Niemniej jednak nie żałuję, że odświeżyłam sobie tą produkcję. Bardzo wiele momentów po prostu zapamiętałam i efekt nie był już taki jak za pierwszym razem, ale bardzo polecam zainteresowanych , bo ma ona coś co naprawdę intryguję. Pragnę zaznaczyć, że nie jest to horror z krwi i kości. Powiedziałabym, że jest to raczej thriller z nutką grozy w tle. 



***


TYTUŁ: Między piekłem a niebem
| What Dreams May Come | 
REŻYSERIA: Vinvcent Ward 
CZAS TRWANIA:  1 godz.  53 min
GATUNEK: fantasy, melodramat 
PRODUKCJA: Nowa Zelandia, USA
PREMIERA: 1998 rok - świat
1999 rok - Polska
MOJA OCENA: 9/10
GŁÓWNA ROLA:
Robin Williams 

Ile trzeba uczucia, by pokonać Piekło - oto pytanie, które stawiają sobie widzowie oglądając "Między piekłem a niebem", Niezwykle sugestywną i wzruszającą zarazem wizję życia po życiu, wyróżnioną Oscarem za niesamowite wprost efekty specjalne. Po tragicznej śmierci dzieci w wypadku samochodowym Chris Nielsen (Robin Williams) skupia się na ratowaniu żony Annie (Annabella Sciorra), która popadła w manię samobójczą. Niestety, on również ginie w wypadku drogowym. Niebo, do którego się dostał, skomponowane jest z plastycznych wizji Annie. Wędrując po świecie jej obrazów odnajduje nie tylko wspomnienia szczęśliwych dni, ale i dusze. Tkwi teraz na samym dnie piekła, pogrążona w głębokim letargu. Czy Chris zdoła ją wyrwać z mrocznej odchłani? 

I oto kolejny film, który już raz kiedyś obejrzałam, ale czułam, że wtedy jeszcze nie dojrzałam, aby w pełni przeżyć tą historię, która po latach wywarł na mnie ogromne wrażenie. Wizja życia po życiu w tym filmie została moim zdaniem przedstawiona genialnie, jedynie zakończenie nie przypadło mi do gustu, ale patrząc na całość mysle, że moge wybaczyć to twórcą. Wydaje mi się, że jest to film, który koniecznie każdy powinienen obejrzeć. Wielokrotnie nie mogłam powstrzymac płaczu, a oglądając to widowisko towarzyszyła mi nadzieje, że być może to wszytko  co widzę jest prawdą i po śmierci spotkam osoby, na których bardzo mi zależało, a których już nie ma. Dająca nadzieję produkcja o piorunującym podłoży emocjonalnym z fantastycznym Robinem Williamsem w roli głównej. Zanany głównie z roli komediowych, w dramacie zagrał naprawdę mistrzowsko. 

CZARNY KRUK POLECA! 


***

TYTUŁ: Interstellar
REŻYSERIA: Christopher Nolan
CZAS TRWANIA:  2 godz.  49 min
GATUNEK: Sci - fi
PRODUKCJA: USA, Wielka Brytania
PREMIERA: 2014 rok
MOJA OCENA: 9/10
GŁÓWNA ROLA:
Matthew McConauhey
Anne Hathaway

Na skutek błędów popełnionych przez ludzkość w XX w. Ziemia staje na krawędzi zagłady. Nastąpił upadek państw, a ich rządy straciły władzę. Szczątkowo funkcjonująca gospodarka nie jest w stanie zapewnić ludziom nawet żywności. Gdy jednak odkryta zostaje możliwość podróżowania w czasoprzestrzeni, naukowcy wywodzący się z resztek organizacji NASA podejmują się jej zbadania, tym samym stając się ostatnią deską ratunku dla ludzi i ich planety. 

Gdy widze, że dany film mieści się w ramach gatunku Sci-fi uciekam gdzie pieprz rośnie. Pewnie tak byłoby i w przypadky "Interstellar", gdybym wiedziała, że należy on właśnie do tego gatunku. Byłabym naprawdę głupia, gdybym go nigdy nie obejrzała. Produkcja okazała się dla mnie przełomowa i sprawiła, że nieco bardziej odważnie będe teraz sięgac po filmy Sci-fi. Doskonale skonstruowana i zrealizowana fabuła. Potrafiłam się przy nim wzruszyć, kibicowałam głównym bohaterom, a to wszystko po to, aby dojść do fantastycznego finału, który okazał się jak najbardziej zaskakujący. Matthew McConauhey po raz kolejny udowadnia, że zaczyna robić coraz większą furore grając główne role. Okazuje się, że jest doskonałym aktorem. Naprawdę warto zapoznać się z tym filmem, nawet jeżeli tak jak ja sceptycznie podchodzicie do tego typu produkcji! 

CZARNY KRUK POLECA! 


Wszystkie opisy fabuły poszczególnych filmów pochodzą z filmwebu jak i również plakaty produkcji. Natomiast zwiastuny pochodzą z youtube. 


ZACHĘCAM RÓWNIEŻ DO WSTAWIANIU BANNERÓW NA SWOJEGO BLOGA, KTÓRE MAJĄ NA CELU SZERZYĆ INFORMACJE O POTRZEBNEJ POMOCY DLA ZUZI
https://www.siepomaga.pl/f/fundacja-siepomaga/c/2324/widgets

piątek, 24 kwietnia 2015

Gabriel Grula "Szmaciane lalki" - opowiadania grozy


AUTOR: Gabriel Grula
TYTUŁ: Szmaciane lalki
WYDAWNICTWO: NovaeRes
ILOŚĆ STORN: 325
GATUNEK: opowiadania grozy
DATA WYDANIA: luty 2015 rok
CENA: 33 zł
OCENIAM: 3/10

Po zakończeniu mojej przygody z tą książką czuję się nieco oszukana. Spowodowane jest to moim rozczarowaniem jaki pojawił się zaraz po skończeniu lektury, a co prawda to nawet towarzyszyło mi w trakcie poznawania tej pozycji. Opis z okładki sugerował zbiór opowiadań grozy, które nie pozwolą mi w szybki sposób powrócić do rzeczywistości. Miałam nadzieję, że tym razem natrafiłam na opowiadania, które pokażą mi nowy wymiar strachu. Oczywiście tak się nie stało i po raz kolejny uświadomiłam sobie, że jedynym i nie powtarzalnym mistrzem grozy zawsze już będzie Stephen King. To właśnie od jego twórczości zaczęła się moja przygoda z literackim horrorem. Trudno było mi porzucić jego dzieła i dać szanse innym, ale w końcu się przełamałam. Myślałam, że "Szmaciane lalki" dadzą mi nadzieję na to, że nasi polscy twórcy choć w niewielkim stopniu dorównują wspomnianemu pisarzowi. Niestety po raz kolejny zawiodłam się. 

"Szmaciane lalki" według opisu z okładki mają być nie lada gratka dla miłośników krótkich form z pogranicza realizmu magicznego, thrillera, horroru i grozy. I faktycznie znajdziemy w tym tytule mieszankę gatunków, jednak ten misz masz w dużym stopniu został nieudolnie skonstruowany o czym przekonywałam się za każdym razem, gdy zaczynałam i kończyłam poszczególne opowiadanie. 
Muszę jednak przyznać, że pierwsze opowiadanie o tytule "Miejsce X" jest dobrym początkiem ku rozpoczęciu tej całej antologii grozy o której dzisiaj jest mowa. Mamy tutaj zapożyczony pomysł opuszczonego miasteczka, w którym rzecz jasna chadzają zombie, czyli to co Czarny Kruk lubi najbardziej. Przyznam, że choć cały pomysł był po prostu zerżnięty z innego opowiadania innego autora z innego zbioru opowiadań to dałam się ponieść atmosferze jaką wytworzył w tym i w kilku innych opowiadaniach Gabriel Grula. To chyba największy atut tego autora - atmosfera, klimat. Pomimo tej zalety początkujący pisarz ma problem z scaleniem w całość fabuły. Zazwyczaj było tak, że najpierw dane opowiadania bardzo mnie wciągnęło, byłam ciekawa co będzie dalej. Następnie autor mnie zanudzał, czekałam na jakiś punkt kulminacyjny, który mnie zachwyci. Zaś na samym końcu dostawałam rozczarowanie. Gabriel Grula ma ogromny problem z pisaniem zakończeń swoich opowiadań. Są one jak dla mnie zbyt przewidywalne i oczywiste, a przez to rzecz jasna traci na jakości cały pomysł jaki autorowi udało się wymyślić. 

Pomimo początkowego zachwytu opowiadania okazały się być nudne i przeciętne, a do tego niczym nie zaskakiwały. Były wręcz przewidywalne i z perspektywy czasu myślę, że nie warte przeczytania. Na tle innych dzieł tego typu wypadają naprawdę źle i od siebie raczej bym nie polecała. 
Czy należy nadal krytykować tą książkę? Myślę, że nie. Nie widzę sensu w dalszym pogrążaniu autora i jego dzieła. Myślę, że Gabriel Grula musi po prostu popracować nad sposobem przelewania swoich wizji na kartki papieru, ponieważ pomysły miał jak najbardziej ciekawe i klimatyczne, jednak ich wykonanie zostawia wiele do życzenia. 


Za możliwość zapoznania się z tą pozycją serdecznie dziękuję Wydawnictwu NovaeRes
Pragnę zaznaczyć, że nie miało to żadnego wpływu na treść  recenzji. 

Recenzje przeczytasz również na; 

niedziela, 5 kwietnia 2015

"Czasami coś w nas umiera i nie potrafi zmartwychwstać"

  Wiem, że większość z Was zapewne teraz spędza czas z rodziną lub po prostu cieszy się świętami. Wiem, że dla wielu z Was jest to ważny dzień z tego powodu, że są święta przez wielu zresztą wyczekiwane. Jednak dla mnie 05.04. jest dniem specjalnym. Dlaczego? Może niektórzy już się zorientowali. Tytuł posta jest bardzo wymowny.


  Co się stało 05.04.1994 roku? Czemu ta data jest tak dla mnie cholernie ważna i przygnębiająca?
Pewien człowiek zresztą bardzo znany 05.04.1994 roku po tym jak uciekł z zakładu odwykowego udał się do swojego mieszkania i strzelił sobie w głowę wywołując tym samym burze na całym niemal globie. Pozostawił po sobie rzesze fanów, którzy nigdy do końca nie wierzyli w jego samobójstwo. Co roku, 5 kwietnia większość z nich pewnie odpali piosenki Nirvany i będzie gwałciła replay, aby w ten sposób oddać hołd nieżyjącemu idolowi. Czy wiecie już o kim mowa? Pomyślcie jeszcze chwile.. Dam Wam sekundkę.. Wiem, że już wiesz.. Nie mogę dać Ci więcej czasu... No dobra powiem Ci... Panie i Panowie przedstawiam Wam Kurta Cobaina.

" Nikt nie umiera bez utraty dziewictwa... Życie pierdoli nas wszystkich" 

  Od śmierci Kurta Cobaina minęło już 21 lat. Musicie wiedzieć, że wraz z jego śmiercią zakończyła się działalność Nirvany. Mam nadzieję, że tego zespołu nikomu nie muszę przedstawiać.Najbardziej rozpoznawalna piosenką Nirvany puszczaną od czasu do czasu w radiu (no dobra już prawie wcale) jest Smell Like Teen Sprit. Ten utwór rozsławił zespół składający się z trzech przyjaciół (och jak to sielankowo brzmi) , którzy nigdy nie chcieli sławy. Z charakterystycznym liderem szybko jednak ją zyskali. Jakie były tego konsekwencje? Sami już przecież je znamy.. Co ciekawe po śmierci Cobaina popularność tego zespołu jeszcze bardziej wzrosła. Widocznie ludzie lubią samobójców, idiotów, którzy strzelają sobie w łeb. Ćpunów, którzy wymarzyli sobie sławę, którzy śpiewają praktycznie o niczym. Jednak czy taka jest prawda?


  Nirvana została uznana za zespół niemal przełomowy. To właśnie ona kojarzona jest z Generacją X czy też Pokoleniem X bardziej jednak kojarzonym. Kurt Cobain natomiast został okrzyknięty przedstawicielem tegoż pokolenia. Czym one się charakteryzowało? Do pokolenia X należeli ludzie, którzy byli wielką niewiadomą. Nie widzieli sensu w istnieniu, nie widzieli celu w życiu, byli zagubieni w otaczającej ich rzeczywistości. Ludzie Ci byli urodzeni na przełomie lat 60-80. Z perspektywy czasu dla wielu z nas może wydawać się to śmieszne. Jakie Pokolenie X? Wielu nie rozumie tego fenomenu. Jednak dla tamtych ludzi była to naprawdę bardzo poważna sprawa, więc nie dziwmy się, że gdy zobaczyli wyzwolonego Kurta Cobaina ujrzeli w nim nadzieje. Uzmysłowili sobie, że tak naprawdę nie muszą podporządkowywać się niczemu. Mogą być tacy jacy chcą być. Jak się jednak okazało, Kurt Cobain nie był tak do końca wyzwolony, nie był wolny. Jego więzieniem była heroina, a także niespotykana wrażliwość.


"Najszczęśliwszym dniem mojego życia był ten, po którym nie nadeszło jutro. "


  Walczył przeciwko homofobi. Chciał "wyplewić" z tłumów fanów tych, którzy byli nie tylko homofobami, ale także rasistami.. Nienawidził nietolerancji i nie bał się o tym mówić głośno. A musicie przyznać, że w tamtych czasach było to dość odważne. W czasach kiedy niemal wszystko przypieczętowane było zmową milczenia. Niemal wszystko było tabu. On był po prostu szczery i za to ludzie go kochali.

  "Lepiej żeby nienawidzili mnie takim jakim jestem, niż kochali kogoś kim nigdy nie byłem" 


   Niewątpliwe taki ktoś jak Kurt Cobain był potrzebny Pokoleniu X. Ale rozmyślając dochodzę do wniosku, że byłby i potrzebny także dziś. Więc dlaczego się poddał? Codziennie zadaje sobie to pytanie. Dla mnie Cobain nie jest zwykłym ćpunem i samobójcą. Dla mnie to ktoś więcej.. Czuję się tak jak gdybym sama należała do wspominanej już przeze mnie grupy ludzi. Popatrz jaki mamy świat.. Spójrz na naszą rzeczywistość.. Jestem tak bardzo w niej zagubiona. Tak bardzo pozbawiona sensu istnienia. Dla mnie Kurt jest nie tylko buntownikiem. Dla mnie przede wszystkim jest wrażliwcem. Ludzie uciekający w narkotyki są bardzo wrażliwymi ludźmi, którzy nie radzą sobie z otaczającą ich rzeczywistością. Wielokrotnie wydajemy osądy na ich temat. Mówimy, że są słabi,, że widocznie mają gówniane życie, skoro uciekają od niego. Jak bardzo często się mylimy...


  Wrażliwość jest błogosławieństwem ale i przekleństwem. Posiadam ją i myślę, że w tej kwestii mam wiele do powiedzenia. Ale nie opowiem Wam z jakim cierpieniem wzmagam się codziennie. Nie opowiem Wam jak bardzo chciałabym być szczęśliwa, ale nigdy nie będę, bo ciągle "coś" stoi mi na przeszkodzie. Każdy dzień jest dla mnie cierpieniem. I chciałabym wierzyć w to, że jak już dorosnę to moje życie będzie inne. Że uda mi się poskromić wrażliwość, że będzie lepiej. Nie chcę z niej rezygnować, bo pomimo całego bólu bardzo kocham ten dar. Jednak czasami chciałabym go zwyczajnie porzucić. Uwolnić się od tego ciężaru, poczuć się wolna. Jednak nie mogę.. Nie potrafię i chyba też nie chcę. Dlatego też tak bardzo ważny jest dla mnie Kurt Cobain. I możecie się ze mnie śmiać, możecie mnie wyszydzać... No bo co ja wiem? Jestem tylko głupią nastolatką ze skłonnościami samobójczymi, która myśli, że problemy całego świata leżą na jej barkach.. Która sama sobie zadaję cierpienie, która sama lgnie do bólu. Ale jestem taka i tego już nie zmienię. Dzięki temu czuję, że jestem prawdziwa. Nie chcę być nikim innym. Patrząc na Kurta i jego biografie nie dodaje mi to chęci do życia. Wręcz przeciwnie. Piosenki Nirvany bardzo mnie przygnębiają, ale mimo to słucham ich bardzo często. Odkryłam w tym człowieku bratnią duszę. Odkryłam, że w jakimś stopniu jestem do niego podobna. Często zastanawiam się co byłoby gdyby żył. Czy zmieniłby świat choć odrobinę? Wierze, że by tak było. Wierze również w to, że popełnił samobójstwo, ponieważ wiele razy o tym mówił. Wierzę, że tak jak ja był "pod ciężarem nieba"...

" Pragnienie bycia kimś innym to marnowanie osoby, którą się jest" 

Nie wiem czy to co napisałam ma jakikolwiek sens i znaczenie.. Nie wiem.. Dla mnie ma, dla Was nie musi. Ale poczułam potrzebę podzielenia się z kimś tym o czym tu piszę. Być może ktoś czuje podobnie. .. Musicie wiedzieć, że bałam się opublikować ten post, bo jest bardzo szczery. Jednak o wielu rzeczach  nie opowiedziałam, bo nie ufam Wam .. Nie opowiedziałam Wam jak bardzo płakałam, jak bardzo bolało mnie to, że taki człowiek jak Kurt się poddał. Płakałam nad jego losem, nad losem jego córeczki, żony i także moim. Bo wiem, że pewnego dnia moje życie skończy się równie nagle jak jego..


   Kurt Cobain zmarł w wieku 27 lat. Tym samym wchodzi skład Klubu 27, do którego należą sławne osobowości, które podobnie jak Kurt odeszły z tego świata mając 27 lat. Kolejna refleksja: Na jak długo zostanie w naszej pamięci nie tylko Kurt Cobain, ale także Nirvana. Powiedzcie mi, czy w Waszym środowisku ludzie słuchają Nirvany.. I jakie podejście mają do tego zespołu?
Jeżeli o mnie chodzi pamięć o nich będzie trać po kres moich dni. Ale patrząc na nasze teraźniejsze społeczeństwo martwię się o przyszłość. Ponieważ kto będzie pamiętał o Nirvanie w świecie, który pozbawiony jest jakiegokolwiek sensu? Wychodzi na to, że jestem cholerną pesymistką i zatraciłam wiarę w ludzi. Ale naprawdę trudno jest cokolwiek wskrzesić dobrego patrząc na nasz świat.

"Lepiej od razu spłonąć niż wypalać się powoli" 

  Zostawiam Was z tym postem, z tymi paroma refleksjami. Czuję, że jestem naprawdę nie rozsądna umieszczając ten post na moim blogu, ale zawsze można go przecież usunąć. Póki co czytajcie, a następnie pozwólcie zmartwychwstać Cobainowi za pomocą nieśmiertelnych piosenek Nirvany.





środa, 1 kwietnia 2015

Przez szpony wyrwane - filmy, które ostatnio kruczysko widziało cz.2


 Witajcie!
Kilka tygodniu temu obiecywałam Wam, że przyfrunę do Was z drugą częścią odsłon filmowych. Więc jestem :)
Ponadto muszę przyznać, że mam teraz coraz więcej czasu na nadrabianie zaległości filmowych w związku z chorobą, a także wolnym od szkoły no i pogodą, która nie zachęca do wyjścia na dwór. W związku z tym możecie spodziewać się trzeciej części tego oto cyklu. Póki co zapraszam Was do zapoznania się z tym, co dzisiaj dla Was przyszykowałam.


TYTUŁ: Sierota
| Orphan | 
CZAS TRWANIA: 2 godz.  3 min
GATUNEK: Thriller
PRODUKCJA: Francja, Kanada, Niemcy, USA
PREMIERA: 21 lipca 2009 rok
MOJA OCENA: 8/10
GŁÓWNE ROLE:
Vera Farmiga 
Isabelle Fuhrman 

Młode małżeństwo przeżywa dramat po stracie nienarodzonego dziecka. Chcąc przywrócić życiu namiastkę normalności, decydują się na adopcję. W pobliskim sierocińcu zaprzyjaźniają się z dziewięcioletnią Ester. Jej pojawienie się daje początek niecodziennym zdarzeniom. Kate odkrywa niebezpieczeństwo i usiłuje zwrócić na nie uwagę innym. Niestety jej ostrzeżenia zostają wysłuchane w momencie, gdy dla wszystkich jest już za późno… Dziewięcioletnia Esther zmienia życie Kate i Johna w koszmar.

Wybór tego filmy był czysto spontaniczny. Najpierw obejrzałam jego fragment w telewizji, a następnie zaintrygowana postanowiłam obejrzeć go w całości. Jak dla mnie "Sierota" była odkryciem. Już dawno nie obejrzałam równie dobrego i trzymającego w napięciu thrillera. Nie wiem czy jest jednym z najlepszych w swoim gatunku, bo nie mnie to oceniać, ale zdecydowanie ma w sobie coś co nie pozwala przejść obok niego obojętnie. Myślę, że ta produkcja aż prosi się o oddzielny post. Czy Wy również tego chcecie? Czekam na odpowiedź w komentarzu lub w sondzie, ktora znajduje się po Waszej prawej stronie ---->

CZARNY KRUK POLECA!

***

TYTUŁ: Iluzjonista
| The Ilusionist | 
CZAS TRWANIA: 1 godz.  50 min
GATUNEK: Fantasy, Kostiumowy
PRODUKCJA: Czechy, USA
PREMIERA: 30 marca 2007 (Polska)
27 kwiecień 2006 (świat)
MOJA OCENA: 6/10
GŁÓWNE ROLE:
Edward Norton
Jessica Biel

Eisenheim (Edward Norton), człowiek znikąd, wystawia w Wiedniu zdumiewające magiczne spektakle. Swoją pracą przykuwa uwagę pretendenta do tronu – księcia Leopolda. Pewien, że iluzjonista jest jedynie mistrzem konfabulacji i oszustem, książę zjawia się na jednym z przedstawień mężczyzny celem zdemaskowania jego występu. By osiągnąć cel, wysyła na scenę swoją narzeczoną Sophie (Jessica Biel: "Siódme niebo", "Elizabethtown"). Rozpoczyna się wielka potyczka pomiędzy iluzją a rzeczywistością. Czy talent magika wystarczy by przekroczyć granicę między życiem i śmiercią?

O filmie nigdy wcześniej nie słyszałam, a jego obejrzenie zawdzięczam mojemu bratu, który lubuje się w produkcjach mówiących o czarach, iluzji.. 
Wątek miłosny jest tu bardzo uwidoczniony i zdecydowanie gra głowną rolę w całym tym filmie. Jeżeli miałabym oceniać całość to wyszła ona nieźle. Ciekawa gra aktorska, ciekawe pomysły na wykorzystywanie iluzji, którą władają magicy. Jednak fabuła nie do końca przypadła mi do gustu, a przez to produkcja nie wywarła na mnie dużego wrażenia. Obejrzałam, ale bezjakichkolwiek emocj, stąd też moja ostateczna ocena. Polecam osobom, które lubią historię romantyczne nawet te najbardziej banalne oraz tym, których na co dzień fascynuje iluzja. Nie polecam widzom, którzy spodziewają się niezwykłego widowiska, bo możecie się mocno zawieść. 


***

TYTUŁ: Zaginiona dziewczyna
| Gone Girl | 
CZAS TRWANIA:  2 godz.  29 min
GATUNEK: Dramat, Thriller 
PRODUKCJA: USA
PREMIERA:  10 październik 2014 rok (Polska)
26 wrzesień 2014 rok (świat)
MOJA OCENA: 7/10
GŁÓWNE ROLE:
Ben Affleck
Rosamund Pike

Wizjonerski thriller w reżyserii mistrza gatunku Davida Finchera, nominowanego do Oscara twórcy: "Social Network", "Ciekawego przypadku Benjamina Buttona", "Podziemnego kręgu", "Gry" i "Dziewczyny z tatuażem", ekranizacja bestsellerowej powieści Gillian Flynn. Młoda kobieta znika bez śladu w przededniu piątej rocznicy ślubu. Wszystkie podejrzenia padają na męża, który wspierany przez swą siostrę postanawia dowieść swojej niewinności i rozwiązać zagadkę. W rolach głównych: nagrodzony Oscarem Ben Affleck ("Armageddon"), Rosamund Pike ("Śmierć nadejdzie jutro"), Neil Patrick Harris ("Smerfy"), Missi Pyle ("Charlie i fabryka czekolady") i Kim Dickens ("Kod Merkury").

Sama nie wiem cojest ze mną nie tak, ale nie rozumiem fenomenu i powszechnego zachwytu tą historią. Nie miałam dostępu do książki, więc postanowiam obejrzec film, bo bardzo mnie ciekawiła sama fabuła i jej rozwiązanie. I jak wyszło? A wyszło tak, że uważam, że film jest JEDYNIE dobry. Po tak licznych zachęcających rekomendacjach pierwowzoru jak i ekranizacji spodziewałam sie niemal arcydzieła. A co dostałam? Film - niebanalny, jednak mało ralistyczny. Tak go odebrałam. Ponadto gra aktorska dwóch głównych aktorów zupełnie mnie do siebie nie przekonała.
Polecam tym, którzy tak jak ja są ciekawi tej historii. Ja już się z nią zapoznałam i szczerze? Nie mam ochoty brnąć w książkę.


***


TYTUŁ: Przeznaczenie
| Predestination | 
CZAS TRWANIA:  1 godz.  37 min
GATUNEK: Thriller, Sci-fi
PRODUKCJA: Australia
PREMIERA:  8 marzec 2014 rok 
MOJA OCENA: 8/10
GŁÓWNE ROLE:
Ethan Hawke
Sarah Snook
Noah Taylor 

"Przeznaczenie" to film opartych na motywach opowiadania "Wszyscy wy zmartwychwstali..." Roberta A. Heinleina. Jest to swoista kronika życia Agenta (Ethan Hawke) wysłanego w serię trudnych podróży w czasie, które mają zapewnić mu kontynuację kariery stróża prawa. Podczas ostatniego zadania Agent musi zwerbować młodszego siebie w pogoni za przestępcą, który wymyka się w czasie.

Mówią, że zaczynać i kończyć należy w wielkim stylu. I wedle tej zasady tak i ja postanowiłam zacząć i zakończyć ten post dwoma filmami, które zrobiły na mnie naprawdę mocne wrażenie. 
"Przeznaczenie" to film z gatunku tych, które lubię najbardziej. Dostałam skomplikowaną fabułę, do której rozwikłania potrzeba cierpliwości no i obejrzenia z wielką uwagą filmu od początku do końca. Dostałam wspaniałą grę aktorską, która sprawiła, ze film stoi na naprawdę wysokim poziomie. Warto obejrzeć choćby dla samej fabuły, która jak dla mnie okazała się być jak najbardziej oryginalna. Aż się chce napisać, że to film jedyny w swoim rodzaju.
Gorąco polecam! 


CZARNY KRUK POLECA! 

***

To tyle nowości na dziś. Dajcie znać, którym filmem jesteście najbardziej zainteresowani. Być może chcecie osobną recenzję któregoś z nich? Jestem otwarta na wszelkie propozycje.
Tymczasem dziękuję Wam za uwagę. 
Pozdrawiam.
Czarny Kruk

Wszystkie opisy fabuły poszczególnych filmów pochodzą z filmwebu jak i również plakaty produkcji. Natomiast zwiastuny pochodzą z youtube. 

poniedziałek, 30 marca 2015

Tomasz Karadysz "Cichy Krzyk" | recenzja przedpremierowa |


AUTOR: Tomasz Karandysz
TYTUŁ: Cichy krzyk
WYDAWNICTWO: Novae Res
ILOŚĆ STRON: 176
GATUNEK: powieść obyczajowa 
DATA WYDANIA: 2015
CENA: 24 zł
OCENIAM: 5/10 

Z twórczością Tomasza Karandysza miałam okazję obcowania kilka lat temu za pośrednictwem jego debiutanckiej książki pt. "Życie to iluzja"(recenzja) . Muszę się przyznać, że niewiele z niej pamiętam, jednak grzebiąc w archiwum swojego bloga zauważyłam, że lektura sprawiła mi przyjemność. Do najnowszego dzieła tego autora pt."Cichy krzyk" podeszłam z dużym dystansem, bez żadnych oczekiwań. 

Akcja powieści rozgrywa się w XXIII wieku, kiedy to trwa wieczna, bezsensowna wojna, której przyczyn nie pamiętają nawet najstarsi mieszkańcy ziemi. Poznajemy Johnna, który jest doświadczonym, jednak wciąż młodym żołnierzem, który przenoszony jest nieustannie z frontu na front. Konsekwencją jednej z bitew jest pobyt w szpitalu, gdzie główny bohater poznaje Suzie, w której zakochuję się od pierwszego wejrzenia. Okazuje się, że jest to jedynie początek lawiny wstrząsających i surrealistycznych wypadków.

Wbrew pozorom "Cichy krzyk" nie jest wojennym romansem. Książka oferuje czytelnikowi coś głębszego. Śledzimy życie Johhnego, te kilka chwil, które odsłaniają nam to jak odbiera dramatyczną rzeczywistość, w której przyszło mu żyć, a robi to w bardzo emocjonalny sposób. Obserwacja i uczestnictwo w wydarzeniach nakłaniają bohatera do refleksji nad fundamentalnymi dla istoty ludzkiej kwestiami: przemijaniem, życiem i śmiercią, sensem miłości i istotą zła. 

Zaczynając czytać tą pozycję od razu spodobał mi się sposób narracji, na który autor się zdecydował. Wydarzenia poznajemy z perspektywy Johhne'go dzięki czemu możemy zobaczyć wojnę oczami żołnierza, dla którego głównym celem jest przeżycie. Jest zagubiony, nie rozumie po co jest ta wojna  i chce tylko jej końca. Wyobraźcie sobie codzienne obcowanie ze śmiercią.. Co ciekawe , pomimo akcji rozgrywającej się w dalekiej przyszłości wbrew pozorom technologia nie została rozwinięta, a nawet wręcz przeciwnie. Brakuje karabinów, broni. Z tego też powodu żołnierze muszą walczyć takimi narzędziami jak maczety, miecze. Jest to jak najbardziej zrozumiałe, gdyż cały świat pogrążony i skupiony  na wojnie - nie ma czasu na wymyślanie nowych rozwiązań. Dlatego też  trwa aż tak długo, a jej koniec wydaje się wręcz niemożliwy. 

Opis przeżyć głównego bohatera bardzo mnie do siebie przekonał. Jak dla mnie brzmiał realistycznie i dzięki temu mogłam uwierzyć w to, że Johnny to postać ze skóry i kości. Opis walki na frontach czytało mi się z jak największą przyjemnością. Jednak po trafieniu głównego bohatera do szpitala książka tak jakby traciła na swojej jakości. Dalsze losy jakie spotkały Johnnego były dla mnie niezwykle nudne, a przez to pragnęłam jak najszybszego zakończenia powieści. Nie wiem czy "Cichy krzyk" mogę nazwać powieścią, ponieważ jak dla mnie było to opowiadanie, które fajnie, że przeczytałam, jednak gdyby tak się nie stało niczego bym nie żałowała. Wracając do wydarzeń mających miejsce w murach szpitala, jak pewnie już wiecie bohater poznaję tam Suzie. No i jak to zazwyczaj bywa rodzi się miedzy nimi mocne uczucie. Wątek miłosny był dla mnie niezwykle męczący, gdyż do romantyczek nigdy nie należałam. Myślałam, że po przebrnięciu przez niego, fabuła mnie jeszcze czymś zaskoczy jednak tak nie było. Dalsze losy Johnnego przeczytałam na pół śpiąco, bez jakichkolwiek emocji. 

Książka, którą dzisiaj Wam prezentuje jest dla mnie zwykłym średnikiem, który przeczytałam tylko dlatego, że miałam taką okazję. I pomimo ciekawego początku jakim cieszy się ta pozycja nie mogę powiedzieć, że była ona dobra. Autor miał potencjał, miał pomysł jednak okazało się, że nie do końca w moim guście. Do zalet tej książki zdecydowanie należy wcielenie się w głównego bohatera, wykreowanie go jako żołnierza zmęczonego widzianymi przez siebie wydarzeniami. 
Czy polecam? Sama do końca nie wiem. Jeżeli lubicie romantyczne, ale tragiczne historie to jak najbardziej zachęcam. W innym wypadku zdecydowanie odradzam. 

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję Wydawnictwu Novae Res
Pragnę zaznaczyć, że nie miało to żadnego wpływu na treść mojej recenzji.

Recenzję przeczytasz również na:

piątek, 27 marca 2015

Wykrakane przez [...] czyli miejsce poetyckie. |Francesco Petrarka "Sonety do Laury"|

  Czarny Kruk nie żyje tylko i wyłącznie książkami i od czasu do czasu też i filmami, ale również w jego życiu znajduje się spory kawałek miejsca na poezję. Wpadłam na dość spontaniczny pomysł, aby dzielić się z Wami coraz to nowymi odkryciami poetyckimi, aby nie tylko urozmaicić Krucze Gniazdo, ale także do edukować poetycznie moich Czytelników i sprawić, żeby rozpłynęli się w tych utworach tak jak robię to ja. Nie ukrywam,  że większość z nich odkryłam dzięki lekcją j. polskiego, ponieważ na własną rękę po prostu brakuje mi czasu aby wypożyczyć tomiki poetyckie. 

Francesco Petrarka

  Pierwsze nasze tego typu spotkanie postanowiłam rozpocząć od sonetu Francesco Petrarki o tytule "Sonety do Laury". Kim jest tytułowa Laura? Tego do końca nie wiadomo, ponieważ jej istnienie wielokrotnie podważano. Najbliżsi przyjaciele autora przekazywali, że z pewnością jest to postać fikcyjna wykreowana po to, aby stanowiła pretekst artysty do ukazania przemiany miłości ziemskiej w niebiańską. 

  Sonet z którym dzisiaj się z Wami podzielę nie nosi żadnego tytuły, jak to z sonetami bywa, jednak możecie go go odnaleźć pod numerem 132. 

" Jeśli nie miłość, cóż jest, to co czuję?
A jeśli miłość, jaka i dlaczego,
jeżeli dobra, tak gorzko smakuje?
Jeśli występna, cóż w bólu słodkiego?

Jeśli z mej woli płonę, na cóż płacze?
Jeśli wbrew sobie, cóż skargi poradzą? 
O śmierci żywa, rozkoszna rozpaczy,
skąd bez mej zgody swoją bierzesz władzę?

Jeśli się zgadzam, czemum zrozpaczony?
Wśród wrogich wichrów na bezbronnej łodzi
po pełnym morzu bez steru żegluję.

Tak lekki w mądrości, błędem obciążony,
że sam już nie wiem, jaki cel mnie zwodzi,
drżę w środki lata, zimą płomień czuję"

Przełożyła Jadwiga Miszalska. 



   Jeżeli chodzi o tematykę miłosną mało co mnie rusza, jednak od czasu do czasu zdarzają się wyjątki i ten sonet zdecydowanie do nich należy. Jest dla mnie po prostu piękny, ponieważ mówi o miłości bolesnej, która pomimo wszystko jest i trwa. Trudno mi opisać to co czuję po jego przeczytaniu, ale mam nadzieję, że komuś spodoba się ten poruszający tekst równie bardzo jak mnie i że słowa będę tu po prostu zbędne.